Niedźwiedzie przestają bać się ludzi i wchodzą na podwórka! Mieszkańcy Bieszczad apelują do rządu o reakcję

2026-05-26 5:30

W Bieszczadach narasta strach. Coraz częstsze pojawianie się niedźwiedzi na terenach zamieszkanych budzi poważne obawy mieszkańców, dla których spotkania z drapieżnikami stały się niepokojącą codziennością. Tragiczny atak w Płonnej (woj. podkarpackie), gdzie śmierć poniosła 58-letnia kobieta, tylko potęguje ten lęk. Reporter Mateusz Chłystun w swoim reportażu „Coraz bliżej siebie” zgłębił temat tego narastającego zagrożenia.

Niedźwiedzie wchodzą do bieszczadzkich miast

Mieszkańcy Bieszczad z niepokojem obserwują, jak niedźwiedzie tracą naturalny strach przed ludźmi i coraz śmielej zapuszczają się na tereny zurbanizowane. Już nie tylko w głębokich Bieszczadach, w okolicy Wetliny, Wołosatego czy Cisnej, ale także w pobliżu Sanoka czy popularnego turystycznie Polańczyka. Ich spryt i zdolność do pokonywania zabezpieczeń zaskakują. Pan Tadeusz w reportażu „Super Expressu” opisuje: „Niedźwiedź jak jest stary, taki po prostu inteligentny niedźwiedź, to on sobie po prostu przez takiego pastucha wykorzysta drzewo, położy, wykona skok jak kiedyś Kozakiewicz, prawda? I tylko tego gestu słynnego nie pokazuje”. Blisko domu jego córki niedźwiedź pojawił się tuż przed wyjazdem rodziny na Komunię.

Strach przed niedźwiedziami jest realny, bo w starciu z drapieżnikiem szanse człowiek na przeżycie są bliskie zeru. Dramatyczne spotkanie w rozmowie z Mateuszem Chłystunem wspomina pan Krzysztof z Bereżnicy Wielkiej: „Misiu by mnie przytulił... Idę sobie na pewniaka tak jak zawsze do środka (do stodoły – red.). Wchodzę do środka. A niedźwiedź na dwie łapki, ja głowę na niego, on na mnie na dwie łapki spadł na cztery łapki w kierunku moim. [...] zaczęło mnie wysztywniło mnie. Po chwili już nie miałem wyjścia, musiałem uciekać”.

Bezradność państwa wobec problemu

Mieszkańcy Bieszczad czują się porzuceni przez państwo, zmuszeni do stosowania drastycznych środków obrony. Tłumaczą, że dla bezpieczeństwa najlepiej poruszać się po własnych posesjach z maczetami i gazem pieprzowym.

Tymczasem zgłoszeń o obecności niedźwiedzi jest coraz więcej. Asp. sztab. Katarzyna Fechner z Komendy Powiatowej Policji w Lesku informuje o 63 interwencjach w samym Lesku od początku roku. Policjanci, choć reagują na każde zgłoszenie, mogą jedynie przepłaszać zwierzęta sygnałami świetlnymi i dźwiękowymi. Prawo zabrania im użycia broni, nawet niepenetracyjnej, bez realnego zagrożenia życia.

Leśnicy dodatkowo wskazują na brak osłon prawnych i ubezpieczeń dla członków grup interwencyjnych, podkreślając, że strzał gumową kulą do 400-kilogramowego drapieżnika bez asekuracji bronią ostrą jest skrajnie niebezpieczny dla operatora.

„Rząd będzie miał krew na rękach”

Mieszkańcy jednoznacznie obarczają pełną odpowiedzialnością za przyszłe tragedie Ministerstwo Klimatu i Środowiska. „To rząd będzie miał krew na rękach, jeżeli kogoś niedźwiedź znowu kolejny raz zabije. Nie my jako mieszkańcy, bo ktoś z nas ginie, będziemy mieli żałobę, ale rząd będzie miał krew na rękach, że nic z tym nie robi” - mówią. W desperacji padają nawet radykalne pomysły trucia zwierząt na własną rękę czy wysłanie ich do stolicy: „Jeżeli władza nie reaguje, to musimy się sami ratować. Dobry taki sposób na niedźwiedzie. Wyłapać 50 sztuk, zawieźć do Warszawy. To jest najprostszy takie i będzie spokój”.

Kawiarnia Widokowa w Polańczyku - nowa perła Bieszczadów