Przyjaciel rodziny zabił niemowlę i maltretował dwulatkę. Ostateczny wyrok obnaża potworną rolę matki dzieci

2026-03-09 9:40

Grzegorz B. uchodził za bliskiego znajomego domu, ale pod nieobecność rodziców zgotował dwuletniej Lenie i półrocznemu Maksowi prawdziwe piekło. Niemowlę zmarło w wyniku odniesionych obrażeń, a dziewczynka do dzisiaj mierzy się z traumą. Mężczyzna dusił i katował bezbronne maluchy, czerpiąc z ich strachu chorą satysfakcję. Prokuratura oraz sąd udowodniły jednak, że za ten wstrząsający dramat nie odpowiada wyłącznie oprawca. Surowe konsekwencje poniosła również Karina B., matka pokrzywdzonego rodzeństwa, która drastycznie zaniedbała swoje obowiązki opiekuńcze.

Koszmar rozegrał się w lipcu 2017 roku w jednym z bloków przy ulicy Krajobrazowej na terenie Rzeszowa. Funkcjonariusze wezwani na miejsce interwencji zastali tam wstrząsający widok zmasakrowanych maluchów. Półroczny Maksymilian został przetransportowany do placówki medycznej w stanie krytycznym, mając na ciele rozległe obrażenia. Obok niego do szpitala trafiła dwuletnia Lena, u której mundurowi również dostrzegli wyraźne ślady fizycznego dręczenia. Pomimo ogromnego wysiłku personelu, medycy walczyli o najmłodsze dziecko do samego końca, ale nie zdołali go uratować. Dziewczynka na szczęście przeżyła tę tragedię. Śledczy błyskawicznie zatrzymali 23-letnią matkę dzieci, Karinę B., oraz jej 26-letniego męża, Ryszarda B. Kluczową postacią w tym mrocznym dramacie okazał się jednak 40-letni Grzegorz B. Ten rzekomy przyjaciel rodziny regularnie zajmował się rodzeństwem, gdy ich opiekunowie wychodzili z mieszkania.

W trakcie prowadzonego dochodzenia wyszło na jaw, że ojciec rodzeństwa opuścił wspólne lokum zaledwie kilka tygodni przed tragedią. Mężczyzna nie sprawował codziennej pieczy nad maluchami, chociaż systematycznie pojawiał się na wizytach. Okazało się również, że rodzina była objęta procedurą niebieskiej karty i doskonale znały ją lokalne służby oraz ośrodki pomocy społecznej. Niestety żadna z powołanych do tego instytucji nie zdołała w porę zauważyć piekła, jakie każdego dnia rozgrywało się za zamkniętymi drzwiami mieszkania.

Zwroty akcji w śledztwie i patowa sytuacja. Grzegorz B. usłyszał zarzuty

Bieg policyjnego dochodzenia wielokrotnie przybierał nieoczekiwany obrót, a prokuratorzy na bieżąco modyfikowali status prawny podejrzanych. Na samym początku Karina B. oraz Ryszard B. wyszli na wolność bez żadnych konsekwencji. Odpowiedzialnością za utratę życia przez półrocznego Maksymiliana obarczono wyłącznie 40-letniego Grzegorza B., któremu oficjalnie postawiono zarzut zabójstwa. Oskarżony to dawny szef ojca skrzywdzonych dzieci. Według doniesień serwisu Rzeszów News śledczy początkowo planowali pociągnąć do odpowiedzialności karnej samą matkę, ale jej niespodziewane zeznania całkowicie zmieniły optykę organów ścigania. Szef rzeszowskiej prokuratury przyznał otwarcie, że zebranie wiarygodnego materiału przysparzało ogromnych trudności i blokowało kolejne kroki prawne.

- Dowodowo, sytuacja była patowa – przyznawał Łukasz Harpula, szef Prokuratury Okręgowej w Rzeszowie.

Kobieta podczas przesłuchań wskazywała, że 40-latek od czasu do czasu pełnił rolę opiekuna dla jej pociech. Po aresztowaniu Grzegorz B. szedł w zaparte, kategorycznie odcinając się od potwornych ran wyrządzonych maluchom. Wina początkowo spadała na 23-latkę, a jej linia obrony wydawała się organom ścigania mocno naciągana. Matka uparcie twierdziła, że nie miała pojęcia o dramacie rozgrywającym się w jej własnym domu, co dla prokuratorów brzmiało zupełnie nieprawdopodobnie.

Przełom nastąpił w momencie, gdy podejrzany pękł podczas intensywnego maglowania przez dwóch śledczych. Przyparty do muru krzyżowym ogniem pytań 40-latek zadeklarował pełną współpracę z policjantami. Jego późniejsze wyjaśnienia wprawiły w osłupienie nawet najbardziej doświadczonych detektywów. Wyjawił, że przez osiemnaście miesięcy bezwzględnie pastwił się nad małym Maksem oraz starszą o dwa lata Leną. Sprawca nie był w stanie racjonalnie uargumentować swoich pobudek. Mężczyzna robił wszystko, aby domownicy o niczym nie wiedzieli, celowo dobierając takie metody, które pozwalały ukryć brutalne czyny.

- Wykorzystywał moment, kiedy zostawał sam w domu z dziewczynką. Dokuczał jej, przyduszał Lenkę, szarpał ją. Satysfakcję sprawiało mu to, że widział w oczach dziecka przerażenie. To go odstresowywało. Mężczyzna wiedział, że dziewczynka się go bała – mówił prokurator Łukasz Harpula w rozmowie z portalem „Rzeszów News”.

Funkcjonariusze prowadzący sprawę ustalili bez cienia wątpliwości, że oprawca powielał swoje drastyczne zachowania wobec dwulatki wielokrotnie na przestrzeni miesięcy.

Grzegorz B. pozbył się Kariny z mieszkania. Chwilę później dopadł Maksymiliana

Krytycznego dnia 40-latek skupił swoją agresję również na najmłodszym członku rodziny, chociaż podczas śledztwa uparcie negował zamiar morderstwa. Sprawca użył sprytnego podstępu, aby wyciągnąć 23-latkę z domu. Zasugerował, by poszła do sklepu, deklarując jednoczesną pomoc przy dzieciach. Celowo wymyślił też historyjkę o rzekomej przesyłce kurierskiej czekającej do odbioru na stacji paliw. Fikcyjna paczka miała mu zapewnić odpowiednio długi czas na zrealizowanie swojego planu i dalsze dręczenie Leny.

Według zebranych materiałów matka chłopca nie podejrzewała żadnego podstępu i bez sprzeciwu wyszła załatwić wymyślone sprawy. Gdy tylko zamknęła za sobą drzwi, dzieci ponownie wpadły w łapy swojego oprawcy.

Dwuletnia ofiara nie miała najmniejszych szans w starciu z rosłym mężczyzną. Piekło dziewczynki zostało nagle wstrzymane przez głośne zawodzenie niemowlaka w sąsiednim pomieszczeniu. Grzegorz B. wszedł do pokoju i wyciągnął płaczącego chłopca z łóżka, tłumacząc w zeznaniach, że chciał go jedynie uśpić. W tamtej chwili na jego telefon zadzwoniła zdezorientowana Karina, informując o braku rzekomej paczki na stacji. 40-latek upierał się, że nagły dźwięk telefonu potwornie go wystraszył, a w wyniku podskoku z rąk wyślizgnęło mu się malutkie dziecko.

- Chłopiec upadł, uderzając głową o podłogę. Mężczyzna próbował reanimować Maksymiliana, potrząsał dzieckiem, a potem odłożył chłopca do łóżeczka. Gdy matka wróciła, Grzegorz B. nic jej nie powiedział. Nie wyjawił, co się stało i pojechał do swojego domu – relacjonował prokurator Łukasz Harpula.

Niemowlę wprawdzie przestało zanosić się płaczem, ale jego skóra bardzo szybko nabrała niepokojącego, sinego koloru. Dopiero wtedy 23-latka zorientowała się, że dzieje się coś złego i zatelefonowała po ratowników medycznych. Badania pośmiertne bezlitośnie obnażyły prawdę – w ciele sześciomiesięcznego chłopca stwierdzono pęknięcia czaszki w dwóch miejscach, potężnego krwiaka mózgu oraz połamane żebra. Zmasakrowane dziecko reanimowano już podczas transportu do szpitala, gdzie następnego dnia oficjalnie stwierdzono jego zgon.

W trakcie prokuratorskich czynności 40-letni znajomy przyznał się do fizycznego pastwienia się nad dwulatką. Wątek śmierci noworodka komentował jednak zupełnie inaczej, odrzucając tezę o celowym uśmierceniu. Uporczywie wmawiał śledczym, że doszło do fatalnego zbiegu okoliczności, a jego ucieczka z mieszkania wynikała ze zwykłej paniki. Słowa oskarżonego błyskawicznie obalili powołani do sprawy specjaliści. Z ekspertyz biegłych jasno wynikało, że chłopiec poniósł śmierć w rezultacie brutalnego i w pełni świadomego ataku ze strony osoby trzeciej.

W oparciu o ostateczne dowody oprawca usłyszał zarzut zabójstwa niemowlaka. Dodatkowo prokuratura pociągnęła go do odpowiedzialności za wyjątkowo bestialskie czyny wobec starszej siostry chłopca.

Rodzina pod nadzorem służb. Zawiódł system i opieka MOPS-u?

Społeczeństwo zadaje sobie pytanie, w jaki sposób potworna krzywda najmłodszych przez tyle czasu umykała uwadze bliskich i instytucji. Według dokumentacji piekło małej Leny trwało półtora roku. Sytuacja oburza tym bardziej, że Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej interweniował tam już wcześniej, zakładając rodzinie niebieską kartę, a policjanci regularnie przyglądali się poczynaniom rodziców. Ze zgłoszeń wynikało początkowo, że to biologiczny ojciec rzekomo maltretuje dwulatkę, co ostatecznie zostało kategorycznie wykluczone. Istnieje uzasadnione podejrzenie, że już w tamtym czasie winę błędnie zrzucano na Ryszarda B., chroniąc prawdziwego sadystę. Zresztą już wcześniej dziewczynka trafiła do kliniki ze złamaniami nóg, jednak ówczesne tłumaczenia o niefortunnym upadku z placu zabaw pozwoliły zamknąć dochodzenie. Prokuratura zapewniała o wnikliwym prześwietleniu działań mundurowych, kuratorów oraz urzędników odpowiedzialnych za los tej rodziny. Rzeszowski MOPS twardo bronił swojego stanowiska, przypominając, że to na ich wniosek ruszyła procedura niebieskiej karty i zawiadomiono organy ścigania. Niestety kolejne instancje, w tym sąd rodzinny, zawiodły na całej linii, a nikt nie podejrzewał o takie okrucieństwo człowieka z zewnątrz.

– On był przebiegły i dosyć inteligentny. U matki wzbudził na tyle zaufania, że pozwalała mu opiekować się jej dziećmi. Dziewczynka z kolei była tak przerażona, że bała się mówić – oceniał dla portalu „Rzeszów News” Konrad Wolak, wiceszef Komendy Miejskiej Policji w Rzeszowie.

Według ostatecznych ustaleń śledztwa, napastnik perfekcyjnie manipulował rozpadającym się związkiem rodziców. Sprawianie bólu sprawiało mu chorą przyjemność. Zgodnie z aktami sprawy 40-latek wykręcał stawy dziewczynki, szarpał ją za uszy oraz włosy i podstawiał nogę, żeby upadała na ziemię. Dowody wskazały również na okrutne przypalanie papierosami oraz kilkukrotne podduszanie. Z kolei młodszego Maksa szarpał, uderzał w rejonie główki i tułowia oraz gwałtownie nim potrząsał. Obrażenia żeber niemowlaka nie były efektem żadnego incydentu z upadkiem.

– Sprawiało mu to satysfakcję, odstresowywało go to, że widział u dziecka przerażenie i strach. Takie zdarzenia miały miejsce kilkadziesiąt razy. Grzegorz B. chętnie zostawał sam z dziećmi pod pozorem opieki, żeby znęcać się nad nimi - relacjonował prokurator Łukasz Harpula.

Chociaż 23-letnia matka na samym starcie miała odpowiadać za morderstwo, a chwilę później nadano jej status świadka, ostatecznie jej rola w tej układance znów uległa radykalnej zmianie. Zespół lubelskiej prokuratury uznał za absolutnie niemożliwe, aby kobieta przez wiele miesięcy nie zarejestrowała śladów kaźni na ciałach domowników. W lutym 2018 roku sformułowano wobec niej akt oskarżenia o celowe pomocnictwo w przestępczych czynach Grzegorza B. Ustalono, że Karina B. sama pastwiła się nad małą Leną, obrzucając ją obelgami, szarpiąc i ignorując jej potrzeby. Do listy grzechów dołączono też nieudzielenie pomocy chorej Lenie, co doprowadziło do zaawansowanego zapalenia oskrzeli. Wyrokiem wymiaru sprawiedliwości matka trafiła do aresztu tymczasowego razem ze znajomym, a na kolejne posiedzenia docierała z wolnej stopy. Kiedy zszokowane miasto dowiedziało się o tych detalach, nastroje społeczne znów mocno się zaostrzyły.

Sąd nie miał litości. Dożywotnie więzienie dla Grzegorza B. i wyrok dla matki

Sądowa batalia rozpoczęła się w styczniu 2019 roku, a na premierowe orzeczenie trzeba było czekać niespełna pięć lat, aż do października 2023 roku. Ze względu na wciąż żywą traumę ocalałej dziewczynki, sędziowie zarządził wyłączenie jawności rozpraw. W trakcie toczącego się postępowania 40-letni kat wycofał się z wcześniejszych zeznań, kwestionując wszystkie zarzuty i kategorycznie odmawiając składania dalszych wyjaśnień.

Wyrok Rzeszowskiego Sądu Okręgowego nie pozostawił obronie złudzeń. Sędziowie uznali bezsprzeczną winę sprawcy. Biegli specjaliści orzekli, że Grzegorz B. jest osobą w stu procentach poczytalną. Choć nie widniał wcześniej w policyjnych kartotekach, uznano go za jednostkę skrajnie niebezpieczną, zasądzając maksymalną karę – dożywotnie pozbawienie wolności. Z kolei 23-letnia Karina B. otrzymała karę dziesięciu lat więzienia za pomocnictwo i okrucieństwo wobec córki. Sąd uznał za pewnik, że kobieta doskonale widziała krwawe ślady na ciele noworodka oraz patologiczny lęk Leny, która w obecności 40-latka drżała, płakała i wymiotowała ze strachu.

Poza wyrokami za kratami, wymiar sprawiedliwości uderzył oprawców także po kieszeni. Kat Leny musi wypłacić jej 10 tysięcy złotych zadośćuczynienia, a kolejne 8 tysięcy zasilono Fundusz Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej. Wobec matki zasądzono nawiązki rzędu 8 i 6 tysięcy złotych na te same cele. Co więcej, na polecenie przełożonych z prokuratury wszczęto postępowania dyscyplinarne przeciwko dwóm śledczym z Rzeszowa, które w latach 2016-2017 zbagatelizowały dramat i przedwcześnie zamknęły dochodzenia. Analizą ich błędów zajmują się prokuratorzy w Katowicach i Lublinie.

Nieprawomocne orzeczenia natychmiast wywołały falę odwołań i apelacji ze wszystkich stron. Adwokaci skazanego mężczyzny walczyli o pełne uniewinnienie lub złagodzenie wyroku, natomiast obrońca matki domagał się ponownej wokandy i oczyszczenia z zarzutów. Prokuratorzy w kontrze żądali zaostrzenia kary dla Kariny B. z dziesięciu do piętnastu lat więzienia. W listopadzie 2024 roku sędziowie wstrzymali się z decyzją, nakazując uzupełnienie akt sprawy. Ostateczny finał rozegrał się 16 czerwca 2025 roku w Sądzie Apelacyjnym w Rzeszowie, gdzie utrzymano w mocy najwyższy wymiar kary dla zabójcy. Czas odsiadki dla 23-latki wydłużono z kolei o kolejne dwa lata. Jej adwokat błyskawicznie zadeklarował skierowanie kasacji do Sądu Najwyższego.

Skatowana dziewczynka, która cudem wyrwała się z rąk domowych oprawców, znalazła ostatecznie bezpieczne schronienie w rodzinie zastępczej.