Spis treści
- Życie rodziny Clarke w Tajlandii po narodzinach pięcioraczków z Horyńca
- Dominika Clarke mierzy się z ostrą krytyką internautów
- Dominika Clarke wspomina zmarłego Henry'ego. Relacja matki prosto ze szpitala
- Matka pięcioraczków z Horyńca o najtrudniejszym pożegnaniu w życiu
- Dominika Clarke z Horyńca stanowczo: pięcioraczki na zawsze pozostaną pięcioraczkami
Życie rodziny Clarke w Tajlandii po narodzinach pięcioraczków z Horyńca
Vincent i Dominika Clarke, wychowujący jedenaścioro dzieci, zdobyli w naszym kraju ogromną popularność w lutym 2023 roku. Właśnie wtedy na świat przyszły pięcioraczki: Charles Patrick, Henry James, Arianna Daisy, Evangeline Rose oraz Elizabeth May. Euforię po porodzie drastycznie przerwało tragiczne odejście jednego z chłopców, Henry'ego Jamesa. To bolesne zdarzenie skłoniło małżeństwo do opuszczenia Polski i przeprowadzki na tajską wyspę Koh Lanta. Obecnie Dominika chętnie publikuje w internecie materiały z życia ogromnej rodziny, bez upiększeń pokazując blaski i cienie macierzyństwa: dezorganizację, zmęczenie, logistyczne wyzwania i emocjonalne trudności.
Dominika Clarke mierzy się z ostrą krytyką internautów
Materiały udostępniane przez Dominikę Clarke wpisują się w modę na ukazywanie prawdziwego, pozbawionego filtrów oblicza bycia rodzicem. Zamiast wypoczętych opiekunów i perfekcyjnych pociech, widać tam realny trud związany z wychowaniem gromadki dzieci. Pomimo ogromnej autentyczności, część publikacji wzbudza w sieci zażarte polemiki. Użytkownicy internetu niekiedy negatywnie oceniają warunki, w jakich dorastają maluchy, a niektórzy wprost nakazują kobiecie podjęcie standardowej pracy zarobkowej.
Dominika Clarke wspomina zmarłego Henry'ego. Relacja matki prosto ze szpitala
W środę, 8 lipca, matka pięcioraczków opublikowała wyjątkowo osobiste wspomnienie z dnia, w którym odeszło jej maleńkie dziecko, Henry. „Pierwszy raz opowiadam o tym wszystkim prosto w kamerę. Tylko ja i ta historia” - zaznaczyła na wstępie. Wyznanie zmagającej się z potężną traumą matki, powracającej pamięcią do najtragiczniejszych chwil, jest niezwykle wstrząsające.
„Mleko w butelce było jeszcze ciepłe - całe osiemdziesiąt mililitrów - kiedy dowiedziałam się, że mój synek umierał piętro wyżej. Tej nocy nie spałam. Powietrze było suche od kaloryferów, łóżko nie chciało się wyregulować, dren wbijał się w powłoki brzuszne a ja leżałam w ciemnościach próbując znaleźć choć trochę snu. Pani pielęgniarka przyniosła stelaż do kroplówki żeby zrobić mi transfuzję krwi, bo moje ciało było na granicy poddania się. O czwartej rano usiadłam wpół zgięta na łóżku i zaczęłam zbierać każdą kropelkę mleka do małej strzykawki” - brzmią słowa jej relacji.
Kobieta wraca wspomnieniami do trzeciego dnia od narodzin. Wtedy noworodki dramatycznie potrzebowały naturalnego pokarmu, a każda kropla miała dla nich kolosalne znaczenie.
„O siódmej rano miałam osiemdziesiąt mililitrów. Wlałam do buteleczki jeszcze ciepłe i postanowiłam pójść sama - pierwszy raz bez wózka - żeby poczuć się ich mamą. Prawdziwą mamą. Nie pacjentką. Wtedy usłyszałam kroki. Szybkie, nierówne, jakby ktoś odpychał ludzi z drogi. Poczułam jak krew odpływa mi ze wszystkich kończyn. Wiedziałam że biegnie do mnie. Jej wzrok był utkwiony tylko we mnie i wszystko inne przestało istnieć - wózek ze śniadaniem, zapach jajecznicy, głosy pielęgniarek, normalne szpitalne rano. Stanęłam. Powiedziała, że Henry od czwartej rano bardzo źle się czuje, że reanimowali go kilkukrotnie.... Czy pani wyraża zgodę na ochrzczenie dziecka. To są ostatnie minuty.… I pobiegła” - kontynuuje swoją tragiczną historię pani Dominika.
Z relacji Clarke wynika, że z tą druzgocącą informacją została zupełnie sama w środku szpitalnego korytarza, trzymając w ręce butelkę. Obok toczyła się codzienna rutyna – rozmawiający pacjenci, dzwoniące telefony i unoszący się zapach porannego posiłku. „A moje dziecko umierało piętro wyżej” - podsumowuje tamte chwile kobieta.
Matka pięcioraczków z Horyńca o najtrudniejszym pożegnaniu w życiu
Dalszy fragment opowieści Dominiki Clarke sprawia, że ciężko jest powstrzymać płacz. „Wzięłam go na ręce i trzymałam. Miał żółte pierzaste włoski jak kaczuszka - nigdy takich nie widziałam. Twarz malutka jak kciuk. Ciałko zawinięte w rożek przygotowany specjalnie na takie okazje. Bo na porodówce dzieci się rodzą. I dzieci umierają. Trzymałam go przez długi czas i patrzyłam na niego. Nikt mi nie powiedział co się czuje kiedy trzyma się swoje martwe dziecko, i jak żyć dalej. Wróciłam do pokoju i zadzwoniłam do męża” - wyznaje we wpisie zrozpaczona matka.
Jak tłumaczy, ojciec Henry'ego przebywał w tym czasie w domu, zajmując się pozostałą siódemką potomstwa, przez co nie mógł przyjechać do szpitala. Każde z nich przeżywało tę ogromną stratę w całkowitej samotności. Doświadczali tego dramatu z dala od siebie, w dwóch różnych miejscach.
„Kiedy ty zaparzałaś kawę w ten lutowy poranek ja liczyłam ostatnie oddechy mojego dziecka. Kiedy ty budziłaś dzieci do szkoły ja zamykałam oczy swojemu. Kiedy ty ubierałaś dzieci ja wybierałam ubranka w których moje dziecko zostanie pochowane. Kiedy ty gotowałaś obiad ja podejmowałam decyzję o sekcji zwłok, o badaniach genetycznych, o tym czy trumienka otwarta czy nie. Mój mąż zaniósł go sam. Bo taką małą trumienkę niesie się w rękach, nie na ramionach" - opisuje pani Dominika.
Dominika Clarke z Horyńca stanowczo: pięcioraczki na zawsze pozostaną pięcioraczkami
W komentarzach pod publikacjami Clarke często pojawiają się wyrzuty ze strony obserwatorów, którzy krytykują uparte nazywanie rodzeństwa pięcioraczkami, skoro żyje tylko czwórka z nich. W swoim najnowszym wpisie kobieta niezwykle stanowczo i ostatecznie ucięła te dyskusje. „Przyszło ich pięcioro - Ella, Evie, Arianka, Czaruś i Henryś. Mówię pięcioraczki i zawsze będę mówić pięcioraczki, bo Henry jest w każdym ich kroku i w każdej fali i w każdym śmiechu który słyszę” - wytłumaczyła swój punkt widzenia.
„Nauczyłam się że ból i radość mogą istnieć w tym samym miejscu, w tym samym człowieku, w tym samym czasie. Że można tęsknić za Henrysiem i jednocześnie płakać ze szczęścia że Czaruś biegnie po falach. Że można pamiętać tamten korytarz, tamten zapach jajecznicy, tę buteleczkę mleka ciepłą w dłoni - i jednocześnie stać na plaży w słońcu i mówić: żyjemy” - podsumowała na koniec swojej spowiedzi.