Maltretował maluchy dla satysfakcji. Grzegorz B. zabił półrocznego Maksa i nękał 2-letnią Lenę

Uznawany za przyjaciela rodziny Grzegorz B. latami znęcał się nad dwójką małych dzieci – dwuletnią Leną i zaledwie sześciomiesięcznym Maksem. Najmłodsze z nich nie przeżyło brutalnych ataków, natomiast dziewczynka cudem uniknęła śmierci, przypłacając to zdrowiem. Oprawca przyznał, że czerpał przyjemność z zadawania bólu, a strach ofiar działał na niego kojąco. Według ustaleń śledczych i prawomocnego wyroku sądu współodpowiedzialność za ten koszmar ponosi również matka rodzeństwa, Karina B., która nie zapewniła im bezpieczeństwa.

Dramat na ulicy Krajobrazowej. Grzegorz B. krzywdził Lenę i Maksa

Tragiczne wydarzenia wyszły na jaw latem 2017 roku w jednym z bloków przy ulicy Krajobrazowej w Rzeszowie. Kiedy służby dotarły do mieszkania, zobaczyły skatowane maluchy. Niemowlę miało liczne obrażenia i trafiło pod opiekę lekarzy w skrajnie ciężkim stanie. W szpitalu znalazła się także Lena, na której ciele funkcjonariusze również dostrzegli ślady przemocy. Choć medycy robili, co mogli, małego Maksa nie udało się uratować i chłopiec zmarł, natomiast jego siostra przeżyła. Policja natychmiast zatrzymała 23-letnią matkę Karinę B. oraz jej 26-letniego męża Ryszarda B. Kluczową postacią w tej sprawie okazał się jednak 40-letni Grzegorz B. – znajomy rodziny, który często doglądał rodzeństwa w czasie nieobecności rodziców.

Ojciec dzieci nie miał pojęcia o gehennie. Karina wpuściła oprawcę do domu

Z policyjnych ustaleń wynikało, że ojciec dzieci wyprowadził się z mieszkania parę tygodni przed tragedią. Ryszard widywał pociechy regularnie, ale nie mieszkał już z nimi pod jednym dachem. Rodzina od dawna posiadała niebieską kartę i była pod nadzorem miejskich instytucji oraz mundurowych. Mimo to nikt z zewnątrz nie zareagował na to, co działo się w czterech ścianach.

Sonda
Czy kary za dzieciobójstwo w Polsce są odpowiednie?

W toku śledztwa początkowo dochodziło do wielu zwrotów akcji, a prokuratura co rusz aktualizowała zarzuty wobec podejrzanych. Na początku Karina i Ryszard zostali wypuszczeni do domu, a całą winą za śmierć sześciomiesięcznego niemowlęcia obarczono wyłącznie Grzegorza B., z którym ojciec dzieci wcześniej współpracował zawodowo. Według informacji „Rzeszów News”, jeszcze tego samego dnia planowano oskarżyć także matkę, ale jej obszerne zeznania całkowicie zmieniły optykę śledczych. Sytuacja dowodowa była początkowo niezwykle skomplikowana – wskazywał Łukasz Harpula z Prokuratury Okręgowej w Rzeszowie.

Karina B. zeznała, że znajomy czasami opiekował się jej dziećmi. Sam Grzegorz po zatrzymaniu szedł w zaparte i twierdził, że nie ma nic wspólnego z pobiciem maluchów. Wtedy śledczy skierowali swoje podejrzenia na matkę, której wersja wydarzeń brzmiała dla nich niewiarygodnie. Kobieta utrzymywała bowiem, że o niczym nie miała pojęcia, w co trudno było uwierzyć funkcjonariuszom.

Przełom w sprawie nastąpił dopiero wtedy, gdy Grzegorz „pękł” w trakcie intensywnego przesłuchania prowadzonego przez dwójkę prokuratorów. Mężczyzna zapowiedział, że będzie współpracował ze służbami i zaczął opowiadać o wszystkim, co robił za zamkniętymi drzwiami. Jego relacja wywołała szok nawet u śledczych z wieloletnim stażem. Okazało się, że to on przez osiemnaście miesięcy pastwił się nad małą Lenką i niemowlakiem, choć nie umiał racjonalnie uzasadnić swoich działań. Mężczyzna starannie maskował ślady znęcania się, żeby rodzice rodzeństwa nie zorientowali się w sytuacji.

– Wykorzystywał moment, kiedy zostawał sam w domu z dziewczynką. Dokuczał jej, przyduszał Lenkę, szarpał ją. Satysfakcję sprawiało mu to, że widział w oczach dziecka przerażenie. To go odstresowywało. Mężczyzna wiedział, że dziewczynka się go bała – relacjonował prokurator Łukasz Harpula portalowi „Rzeszów News”. Ustalono, że ofiara była dręczona przez 40-latka dziesiątki razy.

Tragicznego dnia, gdy Maks zmarł, napastnik skupił swoją uwagę na najmłodszym dziecku. Utrzymywał jednak, że zgon nastąpił przypadkiem. Mężczyzna celowo wysłał Karinę na zakupy, proponując, że w tym czasie zajmie się maluchami. Dodatkowo polecił jej odebrać rzekomą przesyłkę ze stacji benzynowej, żeby wydłużyć jej nieobecność. Wszystko po to, by mieć więcej czasu na męczenie dwulatki.

Zgodnie ze swoimi zeznaniami, niczego nieświadoma Karina wyszła z domu, pozostawiając pociechy z oprawcą. Dla Lenki i Maksa znów rozpoczął się dramat.

Dwulatka była całkowicie bezbronna wobec rosłego mężczyzny. Jej męki na chwilę przerwał płacz malutkiego brata w sąsiednim pokoju. Grzegorz tłumaczył, że wyjął z łóżeczka kwilącego niemowlaka, by go uciszyć. Wtedy Karina zadzwoniła z informacją, że żadnej paczki nie było na stacji. Zaskoczony mężczyzna rzekomo podskoczył i – jak później argumentował – upuścił dziecko na podłogę.

– Chłopiec upadł, uderzając głową o podłogę. Mężczyzna próbował reanimować Maksymiliana, potrząsał dzieckiem, a potem odłożył chłopca do łóżeczka. Gdy matka wróciła, Grzegorz B. nic jej nie powiedział. Nie wyjawił, co się stało i pojechał do swojego domu – opisywał prokurator Harpula. Dziecko przestało wydawać z siebie dźwięki i zaczęło sinieć, co wreszcie zauważyła matka. Kobieta natychmiast zadzwoniła po karetkę. Badania przeprowadzone po śmierci niemowlaka ujawniły krwiaka mózgu, pęknięcia kości czaszki w dwóch miejscach oraz połamane żebra. Zespół ratunkowy walczył o życie maluszka jeszcze w ambulansie, ale chłopiec przegrał tę walkę kilkanaście godzin po przyjęciu na oddział.

Przed prokuratorami Grzegorz B. nie ukrywał, że znęcał się nad dwulatką, ale twardo wypierał się celowego skrzywdzenia niemowlaka. Przekonywał śledczych o nieszczęśliwym zbiegu okoliczności – według jego słów, uciekł z mieszkania, bo spanikował, kiedy chłopiec uderzył o posadzkę. Opinie ekspertów jednoznacznie obaliły te tłumaczenia. Wyniki sekcji pokazały jasno, że śmierć małego Maksa nie była dziełem przypadku, lecz efektem brutalnych działań człowieka.

W efekcie oskarżony dostał zarzut odebrania życia chłopcu, a także zarzut wyjątkowo okrutnego maltretowania jego siostry.

Dramat Leny trwał 18 miesięcy. Rzeszowski MOPS wydał oświadczenie

Rodzi się pytanie – jak to się stało, że nikt przez osiemnaście miesięcy nie zorientował się w sytuacji Leny? Przecież na wniosek Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w rodzinie wszczęto procedurę niebieskiej karty, a lokalna policja często interweniowała pod tym adresem. Wcześniejsze doniesienia sugerowały winę Ryszarda B., ale w toku prowadzonych czynności nie znaleziono na to żadnych dowodów. Możliwe, że już wówczas dziewczynka padała ofiarą brutalnych ataków 40-latka. Co więcej, w przeszłości dwulatka wylądowała w szpitalu ze złamanymi kończynami. Wtedy jej rany tłumaczono feralnym upadkiem podczas zabawy na huśtawce, a prokuratura ostatecznie zamknęła śledztwo. Po śmierci Maksymiliana organy ścigania zapowiedziały skrupulatną weryfikację tego, jak w sprawie rodziny działał dzielnicowy, kurator oraz powołane do nadzoru urzędy. Przedstawiciele rzeszowskiego MOPS-u bronili się, podkreślając, że to oni zainicjowali założenie niebieskiej karty oraz powiadomili śledczych o możliwej przemocy. Możliwe, że zawiodły dalsze procedury i opieszałość sądu rodzinnego. Żaden urzędnik nie zakładał scenariusza, w którym sadystą jest osoba z zewnątrz.

– On był przebiegły i dosyć inteligentny. U matki wzbudził na tyle zaufania, że pozwalała mu opiekować się jej dziećmi. Dziewczynka z kolei była tak przerażona, że bała się mówić – podkreślał w rozmowie z portalem „Rzeszów News” Konrad Wolak, wiceszef miejskiej policji.

Z analizy organów ścigania wynikało, że oprawca doskonale wykorzystał konflikt pomiędzy małżonkami. Mężczyzna torturował Lenę na różne sposoby – szarpał za uszy i włosy, brutalnie wykręcał stawy, celowo przewracał, dusił, a nawet przypalał żarem z papierosów. Agresja skupiała się również na bezbronnym Maksymilianie, który był bity po twarzy, tułowiu i główce. Złamane żebra u chłopca, jak udowodniono, nie były następstwem żadnego wypadku. – Sprawiało mu to satysfakcję, odstresowywało go to, że widział u dziecka przerażenie i strach. Takie zdarzenia miały miejsce kilkadziesiąt razy. Grzegorz B. chętnie zostawał sam z dziećmi pod pozorem opieki, żeby znęcać się nad nimi - mówił o sadyście Łukasz Harpula.

Początkowo Karina B. usłyszała identyczne zarzuty jak sprawca, potem występowała w roli świadka, aż wreszcie śledczy doszli do wniosku, że musiała o wszystkim wiedzieć. Sprawa trafiła do prokuratury w Lublinie, która ustaliła, że kobieta pomagała w ukrywaniu aktów przemocy. Na początku 2018 roku sformułowano wobec niej zarzut pomocnictwa. Matka miała też wulgarnie wyzywać własną córkę, używać wobec niej siły oraz rażąco zaniedbywać jej zdrowie – np. nie idąc z nią do przychodni, co zakończyło się zaawansowanym zapaleniem oskrzeli. Ostatecznie kobieta również trafiła za kraty, by później odpowiadać z wolnej stopy. Całe miasto wpadło w osłupienie po ujawnieniu tych wstrząsających informacji.

Sąd utrzymał dożywocie dla Grzegorza B. i dołożył karę matce

Po niemal pięciu latach śledztwa, jesienią 2023 roku w Sądzie Okręgowym w Rzeszowie zapadł wyrok pierwszej instancji. Jawność rozpraw została wyłączona ze względu na to, by chronić Lenkę przed traumą i zachować jej anonimowość. W trakcie postępowania 40-latek wycofał się z wcześniejszych zeznań i nie przyznawał się do winy.

Wydane orzeczenie okazało się niezwykle surowe. Grzegorz B., o którym biegli orzekli, że w chwili popełniania czynów był całkowicie poczytalny, usłyszał wyrok dożywotniego pobytu za kratami. Sąd uznał go za osobę wysoce niebezpieczną dla otoczenia, pomimo faktu, że wcześniej nie łamał prawa. Z kolei Karina B. została skazana na 10 lat odsiadki za ułatwianie tych potwornych czynów oraz znęcanie się. Skład orzekający nie miał złudzeń, że kobieta musiała dostrzegać rany Maksa oraz paniczny lęk i wymioty Leny, gdy 40-latek tylko wchodził do mieszkania. Winę kobiety uznano za bezsprzeczną.

Dodatkowo Grzegorz musi wypłacić Lence 10 tys. złotych, a kolejne 8 tysięcy wpłacić na specjalny fundusz pomocowy dla ofiar. W przypadku Kariny zasądzono odpowiednio 8 oraz 6 tysięcy złotych na te same cele. Co więcej, prokurator generalny pociągnął do odpowiedzialności dyscyplinarnej dwie śledcze z prokuratury w Rzeszowie, które badały w przeszłości zranienia u dziewczynki, a następnie zamknęły postępowania. Teraz tymi sprawami zajęto się w Lublinie oraz na Śląsku.

Od wyroku w Rzeszowie odwołały się obie strony. Reprezentanci Grzegorza B. domagali się dla niego wolności albo niższego wymiaru kary, z kolei prawnicy matki wnosili o powtórny proces albo uniewinnienie. Strona prokuratorska zażądała podwyższenia kary dla Kariny z dziesięciu do piętnastu lat pozbawienia wolności.

Proces w drugiej instancji rozpoczął się jesienią 2024 roku, a finał tej wstrząsającej sprawy nastąpił 16 czerwca 2025 roku, kiedy to zapadł prawomocny wyrok. Sąd Apelacyjny w Rzeszowie nie miał żadnych wątpliwości – utrzymał karę dożywocia dla oprawcy, a dla wyrodnej matki podwyższył sankcję o dwa lata, co oznacza dla niej w sumie 12 lat w zamknięciu.

Skrzywdzona Lenka znalazła wreszcie spokój w nowym domu, ponieważ umieszczono ją w rodzinie zastępczej.

Uciekła przed mężem do rodziców, doszło do dramatu. Szokujące sceny | Pokój ZBRODNI