- Wypadek autokaru na Węgrzech spowodował śmierć 12 pielgrzymów z Polski, a kierowca został aresztowany.
- Drugi kierowca ujawnia, że autokar dzieliło tylko 2 km od parkingu i planowanej zmiany kierowcy.
- Dowiedz się więcej o okolicznościach tragedii na węgierskiej autostradzie M3, i dlaczego, mimo że kierowca dobrze się czuł, doszło do tragedii.
Niedzielny wypadek polskiego autokaru na węgierskiej autostradzie M3 to tragedia, która wstrząsnęła krajem. Pojazdem jechało 59 polskich pielgrzymów wracających z Medjugorie. Zginęło 12 osób, mieszkańców woj. podkarpackiego. Kierowca został aresztowany przez węgierski sąd na 30 dni. Zarzucono mu nieumyślne spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym. Wstępnie zakłada się, że zasnął za kierownicą.
O kulisach wypadku udało nam się porozmawiać z Grzegorzem Wojtoniem, kierowcą i pilotem wycieczek. To on przekazał kierowanie autobusem panu Robertowi, na parę godzin przed tragicznym zdarzeniem. Mężczyzna relacjonuje, że zapytał zmiennika o samopoczucie. Ten odpowiedział mu, że czuje się bardzo dobrze.
Zabrakło 2 kilometrów do zmiany na parkingu
Z relacji wynika, że pan Robert przejął kierownicę ok. 21-22. Mógł prowadzić pojazd przez 4,5 godziny. Zabrakło zaledwie 2 kilometrów, by dojechać w wyznaczone miejsce, gdzie pan Robert oddałby kierownicę swojemu zmiennikowi.
Pan Grzegorz wspomina też, że po zdarzeniu kierowca pytany o to, co się stało, powtarzał „nie wiem, nie wiem”. Wojtoń opowiada, jak w pośpiechu i chaosie pomagał ofiarom - donosił koce, wodę, czy przemywał twarze. Zgłaszał też potrzebę pilnej pomocy u kolegi z podejrzeniem zawału. Sytuacja była bardzo napięta, a on cały czas był zaangażowany w akcję ratunkową.
Pytania o zdrowie kierowcy i badania
Zapytany o stan zdrowia kierowcy, pan Grzegorz odpowiada, że nie słyszał o żadnych problemach zdrowotnych kolegi. Zaznaczył, że Robert posiadał aktualne badania i uprawnienia do prowadzenia pojazdu. Jego zdaniem wszelkie spekulacje o ewentualnych schorzeniach należy pozostawić na boku.